Sorry, you need to have JavaScript enabled for this.

Actions

Work Header

Temerska żytnia

Summary:

Rutynowe polowanie na utopce nie przebiega tak, jak Geralt by się spodziewał.

Work Text:

Smród utopców i ich szczyn był wyczuwalny z dwóch mili.

Geralt podążał ich tropem, przedzierał się przez gęste leśne krzaki dzielące go od brzegu rzeki; uzbierał przy okazji cały worek jaskółczego ziela. Tej wiosny kwitło pięknie jak nigdy.

Chłodny wiatr znad rzeki uderzył go w twarz. Już blisko, bardzo blisko.

Ale coś się nie zgadzało. W tym momencie powinien słyszeć ich skrzeczenie, a było cicho, zbyt cicho, jedynie ptaki piszczały w koronach drzew. Geralt instynktownie wyczuł kłopoty. Nie miał przy sobie żadnych eliksirów, żadnych olejów, jedynie srebrny miecz. Może powinien się lepiej przygotować. Może było tam coś jeszcze, coś, co uciszyło utopce.

Las w końcu skończył się jak ucięty toporem. Plaża była piaszczysta, ale brudna, zaśmiecona odpadkami z Novigradu i okolicznych wsi.

Były i utopce, ale wcale nie przeszukiwały brzegu w poszukiwaniu jadalnych dla nich wodnych roślin i owadów, nie nurkowały w ciemnej wodzie, by schwytać płocie, sandacze czy tłuste węgorze.

Siedziały spokojnie na piasku, było ich trzy sztuki. Jakiś zmutowany, o nienaturalnie zielonej skórze; kolejny był skarłowaciały; trzeci miał bliznę na brzuchu, którą musiał mu zadać jakiś chłop zardzewiałym mieczem. Obok nich stała skrzynka, wielka, drewniana – i zachęcająca.

Geralt podszedł bliżej, broń ściskając mocno w ręku. Utopce na raz odwróciły głowy w jego stronę.

- Wieeedźmak – wyskrzeczał pierwszy, ten z blizną.

- Wiedźmak! – powtórzył drugi, zielony. Trzeci, ten mały, tylko syknął.

- Gadające utopce? Co to ma być? – powiedział Geralt, bardziej do siebie niż ktokolwiek lub czegokolwiek tutaj obecnego.

- Posiedzenie – odpowiedział mu bliznowaty – siedzimy i debatujemy.

- Ale właśnie nadszedł kres posiedzenia naszego i zapewne żywota naszego także – dodał zielony.

- Raaargh! – mały też brał czynny udział w dyskusji.

Geralt spojrzał na piasek, na którym walały się szklane butelki.

- Nie przeszkadza wam, że tutaj jest tak brudno?

- To nasze śmieci – kontynuował bliznowaty – nasza temerska żytnia. Tak pijemy sobie od rana.

- Skąd ją macie?

- Jechał tu traktem nieopodal kupiec, miał kilka skrzynek, to sobie jedną wzięliśmy – wytłumaczył zielony.

- Rargh! Rargh!

- Czym wy do cholery jesteście? – Geralt powoli tracił cierpliwość, ale najbardziej był zły na swoją niekompetencję. Dlaczego nigdy wcześniej nie słyszał o możliwości wystąpienia takiej anomalii w przyrodzie? To było przecież niemożliwe. Utopce miały zdolności kognitywne krowy.

- Jesteśmy utopcami. Co jak co, ale wiedźmak to wiedzieć powinien – bliznowaty wiedział, w które miejsce wbić szpilkę.

- Nowy w fachu? – zielony zachichotał, co brzmiało jak kot duszący się kłaczkiem.

- A ta skrzynka? Co tam macie? Skarb? Truchła?

- Wara ci od tego, wiedźmak. To nasza skrzynka. Znajdź sobie własną – zielony położył rękę na skrzyni, demonstrując swoje emocjonalne przywiązanie.

- Zjemy każdego, kto ją dotknie – ostrzegł bliznowaty – was też zjemy, panie wiedźmak, boście nowi w fachu, to nie dacie rady na nas.

Skarłowaciały przykleił się do skrzynki całym swoim drobnym ciałkiem, pokazując, że choć on nie posiadł zdolności mówienia, to nadal rozumie treść konwersacji.

- Czyli jecie ludzi. Szkodzicie. Kradniecie wódkę. Muszę was wyeliminować – Geralt już szykował rękę do zamachnięcia się mieczem.

- Panie wiedźmak, to jest Novigrad, to jest cywilizacja. Tu się negocjuje. Negocjujmy – zaproponował bliznowaty, trochę wystraszony. Jednak się bali, nie byli głupi – co wiedźmin, to wiedźmin.

- No dobrze – Geralt zgodził się z czystej naukowej ciekawości – co mi możecie zaoferować?

- Temerską żytnią – zielony chwycił do rąk jedyną ostałą pełną butelkę – damy wam jedną i darujecie nam życie. Co jak co, ale taki wiedźmak też serce ma i rozum, prawda?

- Mam was oszczędzić za butelkę wódki?

- A co wy chcecie innego, panie wiedźmak? My skromnie żyjemy, u nas nie ma skarbów.

- Chcę skrzynkę – powiedział Geralt twardo. Pragnął tej skrzyni, czuł, że tam jest coś, co zmieni zasady gry.

- Raaaargh! Raaaaargh!

- O nie, nie ma mowy – zielony kręcił głową – skrzynka musi zostać. Taka jest kolej rzeczy.

- Skarmię was karasiom.

- Nie!

- Panie wiedźmak!

- Raaargh!

Ale Geralt nie słuchał. Jego miecz rozłupał zielonego na dwie połowy. Bliznowaty rzucił się do ucieczki, ale spaliło go Igni. A skarłowaciałego po prostu zdeptał.

Została się tylko jedna butelka temerskiej żytniej, którą zaraz schował sobie do torby. I skrzynka. Kusząca. Zachęcająca.

Nie była zamknięta na klucz, Geralt bez problemu uniósł pokrywę. Z środka wygrzebał zachodzący rdzą topór, starą szynkę, poplamione gacie i sześć orenów.

- Nieźle – stwierdził, mierząc gacie na swoją dupę.

Topór się sprzeda, szynkę się zje i popije temerską, gacie będą noszone, a za sześć orenów kupi sobie chlebek. Żyć nie umierać.