Preface

Wiedźmin Geralt Gołodupiec
Posted originally on the fanfiction.lol at https://fanfiction.lol/works/472.

Rating:
Teen And Up Audiences
Archive Warning:
No Archive Warnings Apply
Category:
General (non relationship-focused)
Fandoms:
Wiedźmin | The Witcher - All Media Types, Wiedźmin | The Witcher (Video Game)
Characters:
Geralt z Rivii | Geralt of Rivia, Roach (The Witcher), Original Characters
Additional Tags:
Silly, Crack Treated Seriously, Naked Geralt z Rivii | Geralt of Rivia, Attempt at Humor, Bad Humor, This Is STUPID, Short One Shot, Not Beta Read, The Author Regrets Nothing, Non-Sexual Nudity, Canon Compliant
Language:
Polski
Stats:
Published: 2025-06-24 Words: 2,115 Chapters: 1/1

Wiedźmin Geralt Gołodupiec

Summary

Geralt doznaje publicznego upokorzenia w pewien upalny dzień.

Notes

Uwaga: humor na poziomie czwartej klasy podstawówki xD

Wiedźmin Geralt Gołodupiec

Żar lał się z nieba, a pot lał się z Geralta.

Nadchodzi Czas Białego Zimna, jak gadają stare baby po wsiach i elfie wieszczki. Świat umrze wśród mrozu, psia jego mać.

Ale póki co świat nie umierał, a skwierczał w promieniach letniego słońca i dusił się suchym nagrzanym powietrzem. Płotka wlokła się niechętnie ślamazarnym stępem, a Geralt nie miał sumienia jej dręczyć. Biedne zwierzę tonęło we własnym pocie.

Słońce wdrapało się już w swój najwyższy punkt na niebie, gdy Geralt w końcu wyczuł chłodny powiew strumyka i zboczył ze śladu w las w poszukiwaniu wody i ukojenia. Las nie był zbyt gęsty, a z umęczonych suszą drzew opadały liście, choć do jesieni był jeszcze szmat czasu.

Wiedźmin szybko odnalazł górskie źródełko, którego wilgotny powiew przyniósł wiatr.

Płotka prychnęła z zadowoleniem, gdy rozsiodłał ją wreszcie i puścił wolno, w pełni ufając, że nie zawędruje daleko. Klacz natychmiast podeszła do źródełka, powąchała wodę, a gdy ta zyskała jej aprobatę, wypiła kilka litrów. Chwilę potem weszła przednimi nogami do strumienia i prawnym kopytem zaczęła radośnie chlapać wodą na wszystkie strony, przeganiając malutkie złociste rybki. A na koniec, końskim zwyczajem, wytarzała się w piachu, który poprzyklejał się do jej mokrych boków.

Geralt spojrzał z niezadowoleniem na brudnego konia, zdając sobie sprawę, że później będzie musiał cały ten piach zeskrobać. Zalegający brud pod siodłem mógł spowodować bolesne obtarcia, nawet rany. A wiedźmin przywiązał się do tej gniadej klaczy i dbał, by jej głos z grzywy nie spadł.

Jego ubrania również były brudne i woniały aromatem rozkładającego się nekkera. Wiedźmin był uodporniony na takie zapachy natury, ale też miał swoje granice i potrzeby estetyczno-sensoryczne.

Zrzucił z siebie miecze, koszulę, spodnie, bieliznę; z trudem wyszarpał buty przyklejone do stóp potem. Miecze i buty ukrył w krzakach przed morderczymi promieniami słońca, a odzież przeprał starannie w strumyku, żywiąc nadzieję, że nie zabije lokalnej flory i fauny smrodem.

Obok strumyka sterczał głaz, który Matka Natura bądź Koniunkcja Sfer przytachały tu przed wieloma laty. Jego powierzchnia była rozgrzana w słońcu jak patelnia. Idealne miejsce do wysuszenia tekstyliów. Geralt starannie ułożył na nim swoją wypłowiałą koszulę, pod nią oblazłe końską sierścią brązowe spodnie, a na samej górze lniane majtki, które były czerwone jak krew mordowanych królów. Historia tych gatek sięgała pięciu dni wstecz, gdy Geralt pożywiał się w przydrożnej karczmie i wygrał w gwinta czerwony barwnik o podejrzanym składzie. Na początku chciał to cholerstwo wyrzucić, ale ciekawość wygrała i następnego dnia w opuszczonej stodole zafarbował swoje majtki. Rezultat był onieśmielający.

Uprawszy swoje ubrania, Geralt sam zapragnął zanurzyć się w chłodnej wodzie i zmyć ze swojej posiniaczonej skóry nieprzyjemne swędzenie zesłane przez upalny dzień. Niestety, woda była stanowczo za płytka by się w niej zanurzyć i pływać swobodnie.

Ale to nic nie szkodziło. Uroczy wodospadzik szumiał przyjemnie w niedalekiej odległości i Geralt zapragnął całym sercem stanąć pod strumieniem orzeźwiającej wody i zmyć z siebie wszystkie wiedźmińskie trudy i zmartwienia.

Rzucił okiem na swój dobytek spoczywający w różnych miejscach tej małej łączki.

— Płotka, pilnuj mi tego — rzucił do pasącego się konia. Ale Geralt nie spodziewał się kłopotów. Tu nie było i nie mogło być żywej duszy. 

Kilka minut później woda wypełniała każdą bliznę na jego ciele i koiła każde posiniaczone miejsce na skórze. Spięte mięśnie wiedźmina rozluźniały się. Umysł się oczyszczał. To było prawie jak medytacja, jak dobry sen w miękkiej pościeli przy kobiecie, do której uporczywie wracał związany przeznaczeniem.

Ale woda spływająca z gór była zimna, może nawet lodowata. W końcu nawet wyćwiczone wiedźmińskie ciało zaczęło odczuwać nieprzyjemny, bolesny chłód i drżeć lekko. Wystarczy tego dobrego na dzisiaj.

Wyszedł spod wodospadu i z głową lekką i pozbawioną zmartwień skierował się do miejsca, w którym się zatrzymał. Szedł spokojnym krokiem i pogwizdywał.

I wtedy cień poruszył się, przemknął między drzewami jak upiór.

Wiedźmin wstrzymał oddech. Wytężył wzrok. Wytężył słuch. Coś cicho stąpało po trawie. Cicho, ciszej niż powinien człowiek.

Geralt był bez zbroi, bez mieczy, kompletnie nagi i niemal bezbronny, gdyby nie znaki i jego twarde pięści. I być może był trochę głupi w tej chwili, ale wystraszył się, że jakieś leśne licho porysuje mi jego piękne siodło nilfgaardzkiej roboty lub spłoszy Płotkę.

— Hej! — krzyknął, gdy ujrzał zakapturzoną postać dobierającą się do jego suszących się ubrań — zostaw!

Ale postać nie słuchała. Zwinęła czerwone majtki z głazu i dała nura w las. A Geralt za nią.

Czuł wyraźnie zapach kwaśnego mleka, siana i prawdopodobnie bimbru z ziemniaków i podążył tym tropem. Szyszki i małe kamyczki wbijały mu się boleśnie w gołe stopy, gdy biegł. Ale nie mógł odpuścić. Nie po to farbował te majtki przez dwie godziny, żeby mu teraz jakiś leśny diaboł je podprowadził.

Biegł i biegł, ale wciąż nie mógł dopaść tajemniczego stwora; był wyjątkowo wytrzymały. Geralt już w głowie układał teorie, czym może być to stworzenie. Zapach kwaśnego mleka? Bimbru? Pewnie je też kradnie na złość chłopom. Jakiś paskudny i złośliwy chochlik albo doppelganger.

Las nagle urwał się jak ucięty siekierą i Geralt wpadł jak burza na pole pełne na wpół dojrzałych zbóż. Teraz mógł wypatrzeć tę postać pędzącą w oddali i zmierzającą w stronę wsi.

Biegł dalej przez pole i nagle zdał sobie sprawę, że będzie musiał przebiec przez wieś — z dupą kompletnie gołą. Na szczęście umytą.

Może to i dobrze? Przepyta ludzi, czy ich to leśne licho bardzo dręczy. Powęszy między stodołami. Stwór może mieć siedlisko gdzieś w sianie.

Zwolnił kroku. Pole już się kończyło, a jego skrajem szedł chłop i prowadził świniaka na sznurku.

— Hej, człowieku! — zawołał wiedźmin — pogadajmy.

Chłop zatrzymał się i spojrzał na odmieńca oczyma wielkimi i okrągłymi jak oreny.

— Nie dręczy was we wsi chochlik? Diaboł? Krasnoludek? — dopytywał Geralt. Chłop lustrował jego odsłonięte różnorakie części ciała.

— Aaaa!!! — krzyknął nagle chłop — gołodupiec!!! Ludzie, ratujcie się!!! Utopiec gołodupiec!!! Wyszedł z wody!!!

Porzucił świniaka i pognał w stronę wsi, wrzeszcząc przeraźliwie. Prosiak zachrumkał i posmyrał Geralta po nodze ryjkiem. Wiedźmin wiedział, że w śledztwie chłopi go pomocą nie uraczą.

Powlókł się przez wieś, wytężając wiedźmińskie zmysły. Tutaj wszystko śmierdziało bimbrem i kwaśnym mlekiem. Ale może będą ślady. Dźwięki. Póki co słyszał tylko ludzi wrzeszczących w niebogłosy i zatrzaskujących drzwi chat.

Dziesiątki oczu obserwowały gołodupca zza okiennic. Obserwował go także dziadek, który nie uciekł, a siedział na stołku pod chatą i kurzył fajkę.

— Dziadku — zagadał Geralt — nie boicie się gołodupca?

Dziadek podniósł oczy, które wyglądały na niedowidzące ze starości.

— A czego się bać? Że mnie wyźnie i pod wodę zabierze, tak jak Janka zabrał? Niech wyźnie. Stary cap jestem i na mnie już pora.

— Gołodupiec nie wyźnie. Jeszcze nie pora — odparł Geralt — czy we wsi straszy licho? Albo diaboł?

— Straszy wojna i bida z nędzą. 

— Żadnych potworów?

— A ja nie wiem. Stary już jestem, niespełna rozumu, sołtys godać do mnie nie chce.

Geralt westchnął. Prawdopodobnie stracił majtki na zawsze, a widok jego gołej dupy będzie pamiętany przez wsioków przez następne pół wieku. Poczuł się przegrany i skompromitowany jako zabójca potworów i jako istota obdarzona intelektem.

Tracąc powoli nadzieję, postanowił jeszcze powęszyć po wsi i po okolicy. Sama wieś była tak uboga, jak uboga mogła być wiocha podczas wojny. Ale mieszkańcy wciąż mieli zwierzęta, a w ogródkach rosły całkiem dorodne warzywa, dając nadzieję na przetrwanie złych czasów.

Wrażliwe uszy Geralta wychwyciły jakiś bolesny dla mózgu dźwięk. Coś śpiewało — skrzeczało — sprośną piosnkę. Ktoś jeszcze nie lękał się utopca gołodupca i w spokoju zajmował się swoimi sprawami. Może warto przepytać tego nieszczęśnika?

Geralt przeszedł na drugą stronę próchniejącej stodoły. I oniemiał.

Od pomalowanej na biało chatki do świerka kilkanaście kroków dalej rozciągał się sznur na pranie, przy którym majstrowała babcia śpiewająca o tym, że szła dzieweczka do laseczka i spotkała kochaneczka. A na tym sznurze na pranie, obok połatanych koszul, powiewało na wietrze coś jaskrawoczerwonego jak grzebień kuroliszka.

Majtki.

W wiedźminie zaczęła narastać agresja, ale musiał się opanować. To była wiejska babcia, a z nimi nie ma żartów, trzeba to podejść strategicznie.

— Witajcie, babciu — zagadał — ładna pogoda, prawda?

— A ładna ładna, posucha jest, ale chociaż w krzyżu nie łupie — odpowiedziała, wieszając mokry obrus na sznurku. Odwróciła się i zlustrowała Geralta od góry do dołu błyszczącymi oczami.

— O jaki przystojny młody człowiek. Gdyby nie wiek, to na siano bym zabrała!

A mówią, że to tylko wiedźmaki takie jurne mogą być, pomyślał Geralt.

— Ładne majtki tam wiszą. Skąd je macie, babciu?

— Aaa, leżały sobie na kaminiu, to wzięłam, dla wnusia Gniewka, on to lubi takie czerwone.

— Leżały na „kaminiu”, bo ja tam osobiście położyłem.

— To teraz moje majtki, kochanieńki. Znalezione nie kradzione.

— A moglibyśmy negocjować?

— Łoo, jakie życie cinszkie! — zaczęła biadolić staruszka, podnosząc misę, w której wcześniej leżało pranie.

— Ja poniosę — Geralt przejął od niej misę i posłusznie zaniósł do chaty — a jak bym dla was coś zrobił, to bym mógł odzyskać majtki?

— Ohohoho! — babcia głęboko się zastanowiła — a wiesz, kochanieńki, kurki mi z kurnika pouciekały. Trzeba je nazad pozaganiać, coby ich jaka kuna nie zeżorła w nocy…

I chwilę potem wiedźmin znów biegał nago po wsi, tropiąc kuraki swoimi nadludzkimi zmysłami. Ludzie wciąż bojaźliwie siedzieli w chatach i śledzili ruchy utopca gołodupca, modląc się do Melitele, by ten jak najszybciej opuścił ich wieś spokojną, wieś wesołą. Zazwyczaj.

Kury ukrywały się przed upałem w najbardziej niedostępnych zakamarkach, takich jak krzaki pełne kolców, stare przewrócone skrzynie albo worki czekające na najbliższe żniwa. Gdy tylko wyczuwały obecność Geralta, natychmiast czmychały w inne dziury i kąty, będąc pewnymi, że wiedźmin chce je wyłapać na rosół.

Gerald nie za bardzo się znał na kurach, ale wymyślił, że może gdyby wytropił i schwytał koguta, to reszta stadka by za nim podążyła. Wytężył wzrok, szukając kolorowych piór i czerwonego grzebienia. Coś takiego zdawało się siedzieć pod rynną…

— Poddaj się, potworze!!!

Geralt odwrócił się na pięcie. Jakiś podlotek z wyciągniętymi przed siebie widłami stał na ścieżce i próbował popisać się przed resztą wsi.

— A ty co wyprawiasz? — zapytał wiedźmin.

— Jam jest Gniewko, obrońca wsi Kurlica — wysapał podlotek — i zaraz przegonię gołodupca!!!

— Idź do domu, matce pomóż, krowy wydoj.

Gniewko chciał doskoczyć do wiedźmina i zamachnąć się widłami, ale brakowało mu odwagi. Przebierał nogami niepewnie w miejscu.

— Idź precz, nędzna kreaturo!!! Jaja masz obwisłe jak stary kundel!!!

— Dobra, dość tego — Geralt trochę się wkurzył, bo nie będzie jakiś podrostek obrażał jego jaj — chodź tutaj, mądralo.

Gniewko wykonał bojaźliwy krok w przód. Wiedźmin złapał jego widły i z trzaskiem złamał je na pół.

— Aaaaaaaaa!!! — zawył Gniewko i rzucił się do ucieczki w pobliskie pole, deptając zboże.

— Szkoda wideł — skomentował Geralt do siebie samego i wrócił do szukania koguta.

Ten musiał uciec spod rynny, ale wiedźmin wypatrzył blade ślady w letnim kurzu. Prowadziły pod najbliższy wóz drabiniasty. Planem było zbliżenie się do koguta tak blisko, jak to możliwe i rzucenie Aksji.

Geralt położył się na ziemi i podczołgał się na tyle, by włożyć głowę pod wóz. Suchy ziemia nieprzyjemnie wcierała mu się w skórę. Znów będzie brudny jak jasna cholera — przynajmniej będzie miał pretekst, by jeszcze raz wykąpać się pod wodospadem.

Kogut siedział skulony pod wozem. Na widok Geralta zagdakał ostrzegawczo.

Wiedźmin bardzo powoli wyciągnął rękę, którą rzucił niezgrane Aksji. Kogut się uspokoił. Geralt zaczął bardzo powoli wczołgiwać się pod wóz, by chwycić ptaka za nogi. Jeszcze kawałek. Kawalątek.

— Aaaauuu! — zawył Geralt, gdy kogut dziabnął go w dłoń i uciekł.

Geralt zaklął. Przegranie starcia z chodzącym rosołem było kolejną kompromitacją doznaną tego dnia.

Ale nie zamierzał się poddać. Wygrzebał się spod wozu, zerwał na równe nogi i rzucił w pogoń za kurakiem.

Kogut gdakał i zawodził, Geralt krzyczał i klął, a ludzie poukrywani w chatach drżeli ze strachu na myśl o tym, co ten upiorny gołodupiec wyrabia w ich wsi i jak wielu zniszczeń może dokonać.

Geralt i kogut poprzewracali garnki i baniaki na wodę, zrobili dziurę w płocie i zdeptali młodą kapustę. Ale było warto, bo kogut w końcu dał się zapędzić w kozi róg pod świńskim chlewem, Geralt natychmiast rzucił Yrden i złapał ptaka za nogi.

— Chodź tu, cholero jedna.

Zaniósł go do kurnika i zamknął w kurzej zagrodzie. Kogut był oburzony i temu o swoim oburzeniu dawał głośno znać całej okolicy. Na jego zawodzenia odpowiedziała reszta kur i po chwili wszystkie zaczęły się schodzić. Geralt poprzerzucał je przez płot.

Wrócił do chatki babci, by pochwalić się, że robota wykonana.

— Wszystkie dziesięć kurek i kogutek? — dopytywała.

— Oczywiście. Dziesięć i jeden diabelny kogutek.

Babcia wręczyła mu feralne gacie. Geralt obejrzał je dokładnie, by sprawdzić, czy nie ucierpiały.

Nie ucierpiały. Ale na tyłku był wyhaftowany pośpiesznie niebieski kwiatuszek.

 

***

 

Gdy Geralt finalnie powrócił na łączkę, słońce już zachodziło. Płotka spojrzała na niego z wyrzutem. Nigdy nie lubiła zostawać sama. Wiedźmin poklepał ją po brudnym boku.

— Miałaś mi pilnować ubrań.

Płotka prychnęła z oburzeniem. Nie było w obrębie jej obowiązków zajmować się bielizną Geralta.

Wiedźmin rzucił okiem na głaz. Reszta jego ubrań leżała nienaruszona. Siodło i wszystkie sakwy także.

Postanowił udać się jeszcze raz pod wodospad, by zmyć kurz zebrany podczas zmagań z kogutem. Ale tym razem trzymał majtki na dupie.

Afterword

Please drop by the Archive and comment to let the creator know if you enjoyed their work!